Dzisiejszy dzień miał być spokojny, potrzebowałem tego ze względu na problemy ze zdrowiem. Chciałem tylko odwieźć Tysię do jej mamy i wrócić do domu, bo czułem się naprawdę kiepsko.
Ledwo zaparkowałem pod domem Jezabel, a przy moim samochodzie pojawił się patrol policji. Okazało się, że zostali wezwani przez matkę mojej córki, która zgłosiła, że przewożę dziecko na podkładce zamiast w foteliku. Można? Można!
Policjanci podeszli do sprawy rzeczowo: poprosili o dokumenty, spisali licznik, obejrzeli też „podkładkę”. Po krótkiej rozmowie stwierdzili, że nie widzą podstaw do interwencji – nie widzieli mnie jadącego z dzieckiem, więc nie mogą niczego potwierdzić. Zakończyli czynności i poinformowali obie strony o możliwości złożenia zażalenia.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że całą sytuację widziała Tysia. Przestraszyła się, że policja zabierze mnie na komisariat. Musiałem ją uspokajać, tłumacząc, że wszystko jest w porządku. Patrząc na jej reakcję, miałem wrażenie, że to dla niej było bardziej stresujące niż dla mnie, a przecież już nie raz była świadkiem podobnych scen.
Nie byłem dziś sam. Towarzyszyła mi moja przyjaciółka, która zgodziła się pomóc, bo źle się czułem i naprawdę potrzebowałem wsparcia. Widziała wszystko na własne oczy. Jezabel, jakby tego było mało, pozwoliła sobie jeszcze na docinki w jej kierunku.

Tak wygląda kolejny dzień z życia, w którym zwykłe, codzienne czynności potrafią zamienić się w niepotrzebny teatr. I choć staram się zachować spokój, to widok przestraszonego dziecka zawsze zostawia ślad.