Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Jak co roku na wiosnę, mam jeden pierdolony problem. Latające szczury.
Te skurwiałe pokraki umyśliły sobie, że mój balkon na czwartym piętrze to idealne miejsce, żeby zrobić sobie miejsce do założenia rodziny.
Nie przeszkadza im to, że jak tylko je usłyszę (te kurwy nie potrafią siedzieć cicho, tylko drą dzioby w głośnym "Gruuuuuu!!! Gruuuuuuu!!! GRUUUUUUU!!!), to natychmiast biorę za jakąś szmatę i lecę natychmiast, żeby się zakraść i spróbować któremuś przyjebać jak będzie odlatywał. Jakby jeszcze siedziały cicho to pół biedy, ale jak człowiek od 5 rano co 20 minut musi wstawać, żeby wyjebać towarzystwo, bo drze morde, to aż się krew gotuje.
Darcie mordy to nie wszystko. Jak umyślą sobie zrobić gniazdo w doniczce, to połamią roślinkę, żeby tylko swoje dwa dupska zmieścić. 2 lata temu nawet rozkurwiły mi drzwi od szafki na klamoty, którą zmontowałem na balkonie, żeby sobie wygodnie wchodzić do środka i móc łatwo spierdolić przede mną.
Swego czasu, w akcie desperacji, polowałem na nie z pistoletem na wodę, żeby zniechęcić je do darcia ryja na moim balkonie i do niszczenia mojego mienia. Nic nie pomagało. Nawet to, że na bieżąco wyrzucałem gałązki przyniesione przez towarzystwo w celu budowy gniazda... Efekt?
Mimo to, gołębie stwierdzały, że to idealne miejsce na złożenie jaja... Nigdy 10 minut nie mogły usiedzieć, żeby nie zostać pognanymi, ale mimo to zawsze wracały.
Dopiero po zniesieniu jaja, jak zostało one wyjebane, to przylatywała parka, z niedowiedzaniem przeszukiwały balkon i już nie wracały...
Te skurwiałe pokraki umyśliły sobie, że mój balkon na czwartym piętrze to idealne miejsce, żeby zrobić sobie miejsce do założenia rodziny.
Nie przeszkadza im to, że jak tylko je usłyszę (te kurwy nie potrafią siedzieć cicho, tylko drą dzioby w głośnym "Gruuuuuu!!! Gruuuuuuu!!! GRUUUUUUU!!!), to natychmiast biorę za jakąś szmatę i lecę natychmiast, żeby się zakraść i spróbować któremuś przyjebać jak będzie odlatywał. Jakby jeszcze siedziały cicho to pół biedy, ale jak człowiek od 5 rano co 20 minut musi wstawać, żeby wyjebać towarzystwo, bo drze morde, to aż się krew gotuje.
Darcie mordy to nie wszystko. Jak umyślą sobie zrobić gniazdo w doniczce, to połamią roślinkę, żeby tylko swoje dwa dupska zmieścić. 2 lata temu nawet rozkurwiły mi drzwi od szafki na klamoty, którą zmontowałem na balkonie, żeby sobie wygodnie wchodzić do środka i móc łatwo spierdolić przede mną.
Swego czasu, w akcie desperacji, polowałem na nie z pistoletem na wodę, żeby zniechęcić je do darcia ryja na moim balkonie i do niszczenia mojego mienia. Nic nie pomagało. Nawet to, że na bieżąco wyrzucałem gałązki przyniesione przez towarzystwo w celu budowy gniazda... Efekt?
Mimo to, gołębie stwierdzały, że to idealne miejsce na złożenie jaja... Nigdy 10 minut nie mogły usiedzieć, żeby nie zostać pognanymi, ale mimo to zawsze wracały.
Dopiero po zniesieniu jaja, jak zostało one wyjebane, to przylatywała parka, z niedowiedzaniem przeszukiwały balkon i już nie wracały...
W tym roku przełom! Część z tych tępych kurew zaczęła chyba ewoluować, bo widzę, że gatunek powoli zaczyna wyciągać jakieś wnioski (nie tak jak poniektórzy)... Pojawiła się parka z charakterystycznym brązowym osobnikiem. Po 3 dniach działań wojennych, udało się wygonić towarzystwo, bez użycia siły. I gdy już miałem od kilku dni spokój, myśląc, że sezon się skończył - pojawiły się one- gołębiowe żydki...
Kolejna dwójka skurwiałych latających szczurów postanowiła przywłaszczyć sobie siła mój balkon. Znowu zaczęło się "darcie ryja", niszczenie roślinności i wywalanie rzeczy z szafki. Kilka dni przeganiania nic nie dało.
Wczoraj postanowiłem obrócić szafkę o 180 stopni, ale jako że jestem prostym człowiekiem to gdy nie dałem rady porzuciłem projekt na etapie lekko odsuniętej szafki. To był klucz do sukcesu.
Dziś rano usłyszałem to jebane "Gruuuuuu!!! GRUUUUU!! GRUUUUUUUKURAAAAAEEE!!!"
Złapałem więc za podkoszulek, żeby spróbować któremuś zajebać (co mi się jeszcze nigdy nie udało chociaż ze 3 razy było blisko). Otwieram delikatnie drzwi balkonowe, a tu... Tych kurew nie widać. Pomyślałem najpierw że może siedzą piętro wyżej lub niżej.
Wychylam się i wtedy zobaczyłem wystający ogon za moją szafką. Wkurwiony docisnałem szybko szafkę. Nie przypuszczałem nawet, że uda mi się przygwoździć gołębia. Zdziwiłem się, jak okazało się, że nie dość ze je przygwozdziłem to jeszcze obydwa...
Zastanawiałem się co im zrobić za karę. Sadystom nie jestem, zależało mi więc na czymś co gołębia nie skrzywdzi, ale da mu do zrozumienia, że nie jest tu mile widziany i że to zła dzielnica na budowanie gniazda.
Potrzymałem je więc w takiej pozycji pół godziny. W międzyczasie wziąłem niewielką listewkę, odsunałem delikatnie szafkę i każdemu z nich przyjebałem (niezbyt mocno, żeby krzywdy nie zrobić, aby odleciały o własnych siłach).
Gdy odsunąłem szafkę, te kurwy tak spierdalały, że przez siatkę ochronną przecisnęły się prawie jak ten zły Terminator przez kraty xD
Poczułem się jakbym miał domek w Karkonoszach i dopadł właśnie kierowcę pługa - piękne uczucie... Mam nadzieję że ta lekcja pokory nauczy je pokory.
Wczoraj postanowiłem obrócić szafkę o 180 stopni, ale jako że jestem prostym człowiekiem to gdy nie dałem rady porzuciłem projekt na etapie lekko odsuniętej szafki. To był klucz do sukcesu.
Dziś rano usłyszałem to jebane "Gruuuuuu!!! GRUUUUU!! GRUUUUUUUKURAAAAAEEE!!!"
Złapałem więc za podkoszulek, żeby spróbować któremuś zajebać (co mi się jeszcze nigdy nie udało chociaż ze 3 razy było blisko). Otwieram delikatnie drzwi balkonowe, a tu... Tych kurew nie widać. Pomyślałem najpierw że może siedzą piętro wyżej lub niżej.
Wychylam się i wtedy zobaczyłem wystający ogon za moją szafką. Wkurwiony docisnałem szybko szafkę. Nie przypuszczałem nawet, że uda mi się przygwoździć gołębia. Zdziwiłem się, jak okazało się, że nie dość ze je przygwozdziłem to jeszcze obydwa...
Zastanawiałem się co im zrobić za karę. Sadystom nie jestem, zależało mi więc na czymś co gołębia nie skrzywdzi, ale da mu do zrozumienia, że nie jest tu mile widziany i że to zła dzielnica na budowanie gniazda.
Potrzymałem je więc w takiej pozycji pół godziny. W międzyczasie wziąłem niewielką listewkę, odsunałem delikatnie szafkę i każdemu z nich przyjebałem (niezbyt mocno, żeby krzywdy nie zrobić, aby odleciały o własnych siłach).
Gdy odsunąłem szafkę, te kurwy tak spierdalały, że przez siatkę ochronną przecisnęły się prawie jak ten zły Terminator przez kraty xD
Poczułem się jakbym miał domek w Karkonoszach i dopadł właśnie kierowcę pługa - piękne uczucie... Mam nadzieję że ta lekcja pokory nauczy je pokory.
Zmęczeni hałasem miasta, postanowili uciec na spokojny weekend. Znaleźli ciche, malownicze miejsce nad jeziorem, rozbili zielony namiot i rozpalili przytulne ognisko, gdy słońce zaczęło zachodzić.
Przy delikatnym szumie wody i ciepłym blasku ognia przygotowali prosty posiłek, śmiali się i rozmawiali godzinami. Ona siedziała wygodnie w czarnej bluzce, a on doglądał ognia, co chwilę spoglądając na nią z lekkim uśmiechem.
Gdy zapadł zmrok, usiedli blisko siebie pod gwiazdami, dzieląc się historiami, marzeniami i cichymi momentami bliskości. Trzaskający ogień, spokojne jezioro i świeże powietrze sprawiały, że wszystko wydawało się magiczne. Bez telefonów, bez rozpraszaczy - tylko oni, tworzący piękne wspomnienia.
Piekli pianki, robili zabawne zdjęcia i cieszyli się prostą radością bycia razem. Ta spokojna noc pod namiotem przypomniała im, dlaczego się w sobie zakochali.
Przy delikatnym szumie wody i ciepłym blasku ognia przygotowali prosty posiłek, śmiali się i rozmawiali godzinami. Ona siedziała wygodnie w czarnej bluzce, a on doglądał ognia, co chwilę spoglądając na nią z lekkim uśmiechem.
Gdy zapadł zmrok, usiedli blisko siebie pod gwiazdami, dzieląc się historiami, marzeniami i cichymi momentami bliskości. Trzaskający ogień, spokojne jezioro i świeże powietrze sprawiały, że wszystko wydawało się magiczne. Bez telefonów, bez rozpraszaczy - tylko oni, tworzący piękne wspomnienia.
Piekli pianki, robili zabawne zdjęcia i cieszyli się prostą radością bycia razem. Ta spokojna noc pod namiotem przypomniała im, dlaczego się w sobie zakochali.
A potem go zjadła. Koniec 🌝
Obrazek zwinięty kliknij aby rozwinąć ▼
Bądź mnom
Anol lev 22
Zawsze chciałeś zostać kulturystą, ale genetyka dała ci ciało patyczaka i pewność siebie mokrego kartonu.
Wstydzisz się iść na siłkę, żeby karki nie pomyliły cię z hantlem, więc lądujesz w robocie w KFC.
Zniżka na kurczaki to twój bilet do Valhalli – myślisz, że od samego patrzenia na skrzydełka urośnie ci biceps.
Do zespołu wpada Bartek lev 26. Też nie jest Thorem, ale widać, że nie omijał WF-u.
Okazuje się, że Bartek to fanatyk żelastwa. Od słowa do słowa, umawiacie się na wspólne tyranie.
Najpierw 3 razy w tygodniu, ale jak otwierają sieciówkę 24h obok, to zamieniacie się w nocne marki.
Układacie grafik w KFC tak, żeby wasze zmiany pokrywały się z treningami.
Kurczak, ryż i kreatyna wjeżdżają mocno.
Po 6 miesiącach w końcu wyglądasz jak człowiek, a nie jak przecinek, ale nagle ściana – progres staje w miejscu.
Na siłowni poznajecie Mariusza. Mariusz to typowy „świecący” kark, który ma w żyłach więcej tablicy Mendelejewa niż krwi.
Zaczynacie „kurację” – kujecie się nawzajem po dupach w szatni, marząc o sylwetce greckiego boga.
Masa idzie do góry, ale fundusze topnieją jak obietnice wyborcze po ogłoszeniu wyników.
Dorabiasz na ulotkach, ale Mariusz to bezlitosny kapitalista – podnosi ceny soku i nie daje na krechę.
Mówi ci prosto w twarz: „Młody, chcesz być dzikiem, to musisz się postarać”.
Dzik? Słowo „dzik” uderza ci do głowy mocniej niż przedtreningówka.
Anol lev 22
Zawsze chciałeś zostać kulturystą, ale genetyka dała ci ciało patyczaka i pewność siebie mokrego kartonu.
Wstydzisz się iść na siłkę, żeby karki nie pomyliły cię z hantlem, więc lądujesz w robocie w KFC.
Zniżka na kurczaki to twój bilet do Valhalli – myślisz, że od samego patrzenia na skrzydełka urośnie ci biceps.
Do zespołu wpada Bartek lev 26. Też nie jest Thorem, ale widać, że nie omijał WF-u.
Okazuje się, że Bartek to fanatyk żelastwa. Od słowa do słowa, umawiacie się na wspólne tyranie.
Najpierw 3 razy w tygodniu, ale jak otwierają sieciówkę 24h obok, to zamieniacie się w nocne marki.
Układacie grafik w KFC tak, żeby wasze zmiany pokrywały się z treningami.
Kurczak, ryż i kreatyna wjeżdżają mocno.
Po 6 miesiącach w końcu wyglądasz jak człowiek, a nie jak przecinek, ale nagle ściana – progres staje w miejscu.
Na siłowni poznajecie Mariusza. Mariusz to typowy „świecący” kark, który ma w żyłach więcej tablicy Mendelejewa niż krwi.
Zaczynacie „kurację” – kujecie się nawzajem po dupach w szatni, marząc o sylwetce greckiego boga.
Masa idzie do góry, ale fundusze topnieją jak obietnice wyborcze po ogłoszeniu wyników.
Dorabiasz na ulotkach, ale Mariusz to bezlitosny kapitalista – podnosi ceny soku i nie daje na krechę.
Mówi ci prosto w twarz: „Młody, chcesz być dzikiem, to musisz się postarać”.
Dzik? Słowo „dzik” uderza ci do głowy mocniej niż przedtreningówka.
Następnego dnia idziesz do lasu. Zaczynasz targać kłody, które leśnicy zostawili przy drodze.
„Darmowa siłownia” – myślisz, rzucając sosnowym pniem o ziemię.
Jedziesz do sklepu dla rolników. Sprzedawca wyciąga spod lady „specjał” – pasza dla świń z USA z hormonami wzrostu. 200 zł za worek.
Pełny profil aminokwasowy, witaminy i te mityczne hormony. „Tego potrzebuję” – myślisz, ładując worek na plecy.
Przez miesiąc twój cykl to: praca, las, kłody, pasza. Na okrągło.
Zauważają cię drwale. Szef widzi, jak ciskasz dębowym balem na trzy metry i od razu proponuje ci fuche.
Rzucasz KFC, zostawiasz Bartka i idziesz w głuszę z nowymi ziomkami.
Mija rok. Masa jest potężna, ale ty chcesz więcej. Postanawiasz zamieszkać w lesie, żeby oszczędzić na dojazdach i pilnować asygnat leśniczego przed złodziejami drewna.
Zaczynasz jeść żołędzie. Myślisz: „To czas na ostateczną ewolucję. Ze świni w dzika. Jak w Pokemonach”.
Pasza i tak już ci zbrzydła, a żołędzie mają ten specyficzny, pierwotny aromat.
Po tygodniu spotykasz watahę. Przyjmują cię do stada.
Uczysz się ryć w ziemi, rozpoznawać zapachy i spać w liściach.
Drwale przenoszą się w inne rewiry, ale ty zostajesz – nie możesz opuścić swojej dzikiej rodziny.
Po pierwszej zimie twoje zmysły są ostre jak brzytwa.
Podczas rycia czujesz dziwny, ziemisty zapach. Kopiesz jak opętany i wyciągasz… czarną truflę.
Po paru godzinach masz 4 kilo czarnego złota.
Żegnasz się ze stadem chrumknięciem – nauczyli cię wszystkiego, czas wrócić do cywilizacji.
Wracasz do domu rodzinnego. Rodzice biorą cię za bezdomnego mutanta, bo śmierdzisz gównem i mchem na kilometr.
Dopiero po głosie cię poznają. Idziesz pod prysznic, jesz normalny obiad i sprzedajesz trufle za 40 000 zł.
„Ja pierdolę, to legalna kradzież” – myślisz, patrząc na przelew.
Kupujesz ciuchy, najlepsze izolaty i sterydy od Mariusza. Wracasz na siłkę jako legenda.
Wszyscy patrzą z przerażeniem na twoje bary, a ty, jak braknie siana, po prostu idziesz na spacer do lasu „na grzyby”.
Na siłowni wyrywasz topową loszkę. Zabierasz ją na wakacje do Włoch.
Pierwszego dnia spacerujecie po parku w Turynie. Nagle twój nos drga. Czujesz to.
Zaczynasz ryć rękami w klombie pod okiem zszokowanych turystów. Wyciągasz białą truflę. 15 koła za kilogram ląduje w kieszeni.
Dziewczyna jest pod wrażeniem twojej „intuicji”. Idziecie do hotelu.
Rzucasz ją na łóżko, ściągasz koszulkę, prężysz najszersze grzbietu tak, że zasłaniasz słońce w pokoju.
Ona jest rozochocona, ty zdejmujesz spodnie… i słyszysz rżenie.
Ale nie takie zalotne. To jest śmiech jak u klaczy na wyścigach.
Spoglądasz w dół. Tragedia.
Od tych wszystkich hormonów i sterydów twój sprzęt zamienił się w „sisiaczka pyzę”.
Malutki, gruby jak świnka i zarośnięty jak dzik, który właśnie przeszedł przez krzaki tarniny.
Brak profitu.
„Darmowa siłownia” – myślisz, rzucając sosnowym pniem o ziemię.
Jedziesz do sklepu dla rolników. Sprzedawca wyciąga spod lady „specjał” – pasza dla świń z USA z hormonami wzrostu. 200 zł za worek.
Pełny profil aminokwasowy, witaminy i te mityczne hormony. „Tego potrzebuję” – myślisz, ładując worek na plecy.
Przez miesiąc twój cykl to: praca, las, kłody, pasza. Na okrągło.
Zauważają cię drwale. Szef widzi, jak ciskasz dębowym balem na trzy metry i od razu proponuje ci fuche.
Rzucasz KFC, zostawiasz Bartka i idziesz w głuszę z nowymi ziomkami.
Mija rok. Masa jest potężna, ale ty chcesz więcej. Postanawiasz zamieszkać w lesie, żeby oszczędzić na dojazdach i pilnować asygnat leśniczego przed złodziejami drewna.
Zaczynasz jeść żołędzie. Myślisz: „To czas na ostateczną ewolucję. Ze świni w dzika. Jak w Pokemonach”.
Pasza i tak już ci zbrzydła, a żołędzie mają ten specyficzny, pierwotny aromat.
Po tygodniu spotykasz watahę. Przyjmują cię do stada.
Uczysz się ryć w ziemi, rozpoznawać zapachy i spać w liściach.
Drwale przenoszą się w inne rewiry, ale ty zostajesz – nie możesz opuścić swojej dzikiej rodziny.
Po pierwszej zimie twoje zmysły są ostre jak brzytwa.
Podczas rycia czujesz dziwny, ziemisty zapach. Kopiesz jak opętany i wyciągasz… czarną truflę.
Po paru godzinach masz 4 kilo czarnego złota.
Żegnasz się ze stadem chrumknięciem – nauczyli cię wszystkiego, czas wrócić do cywilizacji.
Wracasz do domu rodzinnego. Rodzice biorą cię za bezdomnego mutanta, bo śmierdzisz gównem i mchem na kilometr.
Dopiero po głosie cię poznają. Idziesz pod prysznic, jesz normalny obiad i sprzedajesz trufle za 40 000 zł.
„Ja pierdolę, to legalna kradzież” – myślisz, patrząc na przelew.
Kupujesz ciuchy, najlepsze izolaty i sterydy od Mariusza. Wracasz na siłkę jako legenda.
Wszyscy patrzą z przerażeniem na twoje bary, a ty, jak braknie siana, po prostu idziesz na spacer do lasu „na grzyby”.
Na siłowni wyrywasz topową loszkę. Zabierasz ją na wakacje do Włoch.
Pierwszego dnia spacerujecie po parku w Turynie. Nagle twój nos drga. Czujesz to.
Zaczynasz ryć rękami w klombie pod okiem zszokowanych turystów. Wyciągasz białą truflę. 15 koła za kilogram ląduje w kieszeni.
Dziewczyna jest pod wrażeniem twojej „intuicji”. Idziecie do hotelu.
Rzucasz ją na łóżko, ściągasz koszulkę, prężysz najszersze grzbietu tak, że zasłaniasz słońce w pokoju.
Ona jest rozochocona, ty zdejmujesz spodnie… i słyszysz rżenie.
Ale nie takie zalotne. To jest śmiech jak u klaczy na wyścigach.
Spoglądasz w dół. Tragedia.
Od tych wszystkich hormonów i sterydów twój sprzęt zamienił się w „sisiaczka pyzę”.
Malutki, gruby jak świnka i zarośnięty jak dzik, który właśnie przeszedł przez krzaki tarniny.
Brak profitu.